poniedziałek, 3 marca 2014

18. Miodowe lata.

   W pokoju posadził mnie na swoich kolanach. Czułam jego zapach, ciepło bijące od jego ciała. Nasze oczy się spotkały i oboje ujrzeliśmy w nich dokładnie to samo. Pragnienie. Moje i jego usta spotkały się, a było to jak zderzenie pełne czułości i szaleństwa zarazem. Matt czuł mój nieustępliwy język, walczący z jego językiem. Kąciki moich ust drgały w pożądaniu palącym całe ciało. Na plecach, które były niemal niepokryte koronkowym materiałem, poczułam miękką dłoń mojego męża, który przyciągał mnie bliżej i bliżej. Nasze usta były złączone, a obok łóżka leżała już jego kamizelka, krawat, po chwili biała koszula. Wstałam nie odrywając od niego ust, zrobił to samo i powoli zdejmował moją suknię. Dłonie błądziły po jego nagim torsie, delikatnie drażniłam go paznokciami. Sukienka powędrowała na ziemię, złapał mnie za rękę i nie przestając się na mnie gapić pomógł mi wyjść z materiału leżącego na podłodze. Byłam kompletnie naga, a on zupełnie tym faktem zaskoczony. Podeszłam do niego bliżej, rozpięłam pasek od spodni i wyciągnęłam go szybkim ruchem. Złapał mnie za policzki i nagle czułam jego zachłanny język w moich ustach, aż jęknęłam. Gdy jego spodnie były już na ziemi zaczęłam dotykać przez materiał bokserek, jego nabrzmiałego członka. Usiadł na łóżku i pociągnął mnie za sobą, czułam jego męskość siedząc mu na kolanach, wiedziałam, że zaraz będzie mnie wypełniać po same brzegi, na samą myśl robiłam się coraz bardziej mokra. Klepnął mnie mocno w tyłek, a w podbrzuszu pojawiło się cudowne ciepło. On kontynuował pieszczoty, leżałam na łóżku, a on powoli obcałowywał moje ciało. Mruknęłam z zadowoleniem, nie ominął żadnego miejsca, każdy pocałunek, każde muśniecie językiem było jak delikatny przepływ prądu przez rozgrzane ciało. Pieszczoty dawane mi przez męża, że byłam coraz bardziej podniecona, o ile można bardziej, bo między nogami miałam już chyba ocean. W końcu dotarł do mojej kobiecości. Jego zwinny język wsunął się do mojego wnętrza. Moja pozycja przypominała lekki łuk, zagryzłam dolną wargę i cicho jęknęłam. Pieszczoty trwały, aż przez całe moje ciało przeszedł dreszcz. Świat wirował za zamkniętymi oczami, a feeria barw migotała pulsując w głowie boskim blaskiem. Ciepło rozchodziło się wraz z prądem… emocje jeszcze nie opadły gdy poczułam coś przyjemnego, och mój mąż jest we mnie. To tylko przedłużyło przyjemność i oddałam mu się bez pamięci. Sztywna męskość Matta ostrożnymi, powolnymi ruchami wchodziła w moje ciasne i gorące wnętrze. Po chwili on przyspieszył wchodził we mnie raz za razem, brakowało nam tchu, nasze usta tak jak i ciała nie rozstawały się już w ogóle, stały się jednym. Raz po raz zaczerpując tchu z naszych gardeł wydobywały się stłumione jęki. Kochaliśmy się i pieprzyliśmy na zmianę, tak długo jak nigdy.

- Żono wstawaj, już późno, kochanie. - To miłe, że tak do mnie mówi, ale zasnęłam godzinę temu, chyba go uduszę.

- Matt, śpię – wymamrotałam i zakryłam się kołdrą.

- Za dwie godziny mamy samolot na Hawaje, wstawaj.

- Hawaje?! - Usiadłam wyspana, rześka i gotowa na przygody, marzyłam o Hawajach już od dawna.

- Ty żyjesz – pocałował mnie czule – Dzień dobry żono.

- Mój mąż! - rzuciłam mu się na szyje. - Hawaje z tobą, idealnie.

- Na tydzień, tylko ty i ja.

- I nasze bobo – cmoknęłam go, a potem wycmokałam go setki razy.

- Nasza rodzina leci na Hawaje. Spakowałem nam walizkę, mam nadzieję, że spodobają ci się rzeczy

- Lubię swoje ubrania, więc pewnie tak. - Wstałam, wzięłam prysznic, przebrałam się w coś normalnego, dotknęłam swojej sukienki, wisiała już na wieszaku, zaczepiona o drzwi. Jest piękna.

- Wyglądałaś w niej cudownie.

- Czułam się bardzo atrakcyjnie, jak księżniczka.

- Teraz jesteś już królową. - Zapiął walizkę – no moja miła, ruszamy.

- A co się z nią stanie? - nie chciałam jej tu zostawiać na pastwę losu.

- Spokojnie, moja mama przyjedzie zabrać twoją sukienkę. Chodź – wyciągnął do mnie dłoń, poszliśmy do windy.

Na lotnisku, w strefie VIP czekał na nas samolot, prywatny odrzutowiec, boże, ponosi go. Ale gdy tylko usiadłam w fotelu byłam w niebie, jeszcze nie dosłownie. Lecieliśmy słuchając razem muzyki, jedną piosenkę wybierał on, drugą ja i tak na zmianę. Robiliśmy raz odkąd pod choinką znalazłam walkmana, jego ojciec kupił nam rozdzielacz do słuchawek i godzinami siedzieliśmy w jego pokoju słuchając muzyki. Nadal do mnie nie dociera, że to już nie jest tylko mój przyjaciel, okazyjnie kochanek... to mój mąż, wszystko dzieje się tak szybko. Położyłam głowę na jego ramieniu i spojrzałam na niego z dołu, pacnął mnie palcem w nos, a ja szczerzyłam zęby do niego. Nikt nie mógł nam odebrać szczęścia. Nikt.


***
Ubłagałam go, żebyśmy zostali do końca wyjazdu, chociaż z moim zdrowiem nie było najlepiej. Od jakiegoś czasu czułam gulkę na mojej szyi ale lekceważyłam to, każdemu czasem coś wyskakuje. Tylko, że oprócz tego byłam bardzo słaba, zwalałam winę za to na ciąże, przecież wtedy kobieta jest zmęczona. Pojawiły się obfite krwawienia z nosa, to tłumaczyłam sobie zmianą klimatu, osłabieniem. Jednak Matt coraz bardziej się martwił, teraz siedzieliśmy w poczekalni, zaraz miałam mieć wizytę. Wszedł ze mną i żadne prośby nie pomagały. Opowiedziałam lekarzowi jakie mam objawy, on zlecił badanie krwi. Następnego dnia poszłam odebrać wyniki i czekało na mnie dwóch lekarzy.

- Witam, to jest doktor James Franklin, jest hematologiem.

- Hematologiem?

- Proszę siadać, musimy porozmawiać. - Lekarz wskazał na krzesło obok którego stałam. Usiadłam posłusznie, serce mi waliło.

- Musimy zrobić dokładniejsze badania, ale już z wyników krwi możemy wnioskować, że choruje pani na białaczkę.

- Słucham!? Na nic takiego nie choruje, po prostu jestem w ciąży i przez to jestem osłabiona. - Co oni sobie wymyślili.

- Doktor Franklin przyjmie panią na oddział, zrobi szereg badań i wtedy będziemy mieć pewność.

- Chcę jakieś witaminy i będzie dobrze.

- Pani nie rozumie, przeciąganie leczenia takiej choroby może się skończyć tragicznie. Jest druga sprawa. Jeśli diagnoza się potwierdzi, będziemy chcieli zacząć leczenie, niestety chemioterapia w połączeniu z ciążą... niech pani nas nie zrozumie źle, jesteśmy w stanie uratować pani życie, przedłużyć je i pozwolić by spokojnie zaszła pani w kolejną ciąże.

- Nie... nie, nie zgadzam się, nie... jak możecie mówić mi takie rzeczy, ja kocham to dziecko, mój mąż je kocha! … - wyszłam z gabinetu, ocknęłam się na kozetce, zemdlałam.
- Pani mąż jest już w drodze do nas – odezwał się Franklin, zabójca dzieci! …

- Chce wrócić do domu.

- Powinna się pani przebadać, dla własnego dobra.

- Nie usunę ciąży... nie zmusicie mnie do tego, nie.

- Oczywiście, że nie zmusimy, ale chcemy dać szansę na normalne życie.

- Nie będzie normalnego życia, jeśli zniknie życie które noszę w sobie.

- Porozmawia pani z mężem.

Matt zjawił się obok mnie po 15 minutach od obudzenia.

- Emma, skarbie wiedziałem, że coś jest nie tak. - Głaskał mój policzek, a ja się już nie bałam.

- Wszystko będzie dobrze, tylko zabierz mnie do domu.

- Nie, powinnaś pojechać do szpitala, zbadać się. Zrób to dla mnie.

- Najgorszy argument jaki mogłeś mi dać... bo nie mogę przez to odmówić.

- Będziemy oboje spokojniejsi. - Pocałował mnie.

Popołudnie, noc i cały kolejny dzień spędziłam na oddziale hematologicznym, wśród bólu, cierpienia, łysych ludzi za którymi już chodził mroczny kosiarz. Nie chciałam tak skończyć, miałam przed sobą jeszcze kawałek życia, męża którym chciałam się nacieszyć, macierzyństwo... to wszystko miało tak nagle zniknąć?
Późnym popołudniem na salę przyszedł doktor Franklin, miał ze sobą teczkę i raczej niemrawy wyraz twarzy.

- Pani Sanders, sprawa wygląda dość poważnie... wiele wskazuje na to, że to ostra białaczka szpikowa. - Zaczął coś opisywać, jakieś medyczne pojęcia, nic mnie już nie interesowało, byłam chora, dlaczego to pieprzone życie nie da mi wreszcie spokoju. Jest tyle złych ludzi na świecie, niech oni cierpią... nie ja, nie Matt, nie nasze dziecko. - Czy pani mnie słucha?

- Proszę? …

- Mówiłem o rozpoczęciu leczenia, najpierw usuniemy ciąże, a potem zaczniemy chemioterapie, gdy zwalczymy wszystkie chore komórki w pani ciele, przeszczepimy szpik od dawcy, już zaczęliśmy szukać.

- Nie usunę ciąży... - byłam tak pewna swych słów, nikt mnie nie złamie.

- Emma... - głos Matta był cichszy od szeptu.

- Nie zrobię tego słyszycie, to dziecko zasługuje na życie, tak samo jak ja. Te kilka miesięcy mnie nie zbawi, gdy maluch będzie już bezpieczny w ramionach swojego taty, wtedy możecie mi przeszczepić nawet mózg, teraz wracam do domu.

- Kochanie, musisz być zdrowa, żeby mi pomóc, żebyśmy mogli razem wychowywać dzieci... będziemy je mieli, błagam, nie możesz tak ryzykować.

- Ja podjęłam już decyzje, to jest moje ciało i zrobię z nim co zechce. Urodzę dziecko i wrócę na leczenie, teraz proszę mi przynieść wypis, wracam do domu.

- Jeśli nie podda się pani leczeniu, nie przeżyje pani kolejnego roku, nawet jeśli zaczniemy leczenie nieco później, straci pani swoją szansę.

- Ja się nie boję śmierci, był pan kiedyś przywiązany do krzesła w podpalonym domu? … A ja byłam, śmierć śmiała mi się prosto w twarz i ostrzyła swoją kosę, a potem ja pokazałam jej środkowy palec. Nie dam jej kolejnej szansy, będę walczyć. Ale teraz mam inne priorytety.

- Robi to pani na własną odpowiedzialność, uprzedzam, za kilka miesięcy, nie dam już tak dużej szansy na poprawę zdrowia.

- Czekam na wypis. - Powiedziałam krótko.

   Pojechałam do szpitala w 8 miesiącu ciąży, czułam się fatalnie, byłam coraz słabsza, miałam na zmianę, anginy, zapalenia oskrzeli lub płuc. Mimo tego nasze dziecko czuło się dobrze, nawet jeśli zabierało ze mnie resztki sił to byłam dumna z tego szkraba, że tak świetnie sobie radzi w tak fatalnych warunkach. Urodziłam przez cesarskie cięcie, Matt z drżącymi rękami przeciął pępowinę i o to na świecie był już nasz syn, mały Tommy był śliczny, miał ciemne włosy, mały nosek, a jego płacz i krzyk był najpiękniejszym dźwiękiem na ziemi.  

4 komentarze:

  1. Mam nadzieję, że nie urażę Cię za bardzo, jeżeli uznam, że to jest ostatni rozdział i dopowiem sobie, że E. jednak wyzdrowiała i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Wybacz.
    No więc początek miodzio:) Pomijając fakt, że przeczytałam "czułam jego męskość sięgającą mu kolan..."^^ W ogólnie nie wiem, czy Ci mówiłam, ale uwielbiam Twoje hotty. Choroba E. była na mnie mega szokiem! W życiu bym się tego nie spodziewała:( I jej walka o dziecko, miazga na uczuciach po prostu. I czy mam się doszukiwać jakiś podtekstów w imieniu Tommy, czy po prostu lubisz to imię? :D
    Kocham, uwielbiam, czekam na następne opo!!!
    Buziole, Pat:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kutas po kolana? Wow...
    Ale czemu drama na koniec? Czemu białaczka? Co w ciebie wstąpiło kobieto? Czy nie wystarczy, że cholerny Hesher skończył się mega chujowo?
    Podobnie jak Pat, dopowiem sobie szczęśliwe zakończenie, ale mały Tommy? :D
    Wybaczam odrobinę to, że prawie się pobeczałam, bo dobry mały Tommy nie jest zły ^^

    Całuję, fanka Sillie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tommy jest specjalnie dla WAS :3 żeby trochę osłodzić smuty.

      Usuń