czwartek, 27 lutego 2014

15. Diamentowe zęby Matt'a

 Stałam w czarnej sukience przed kolano, po raz setny chyba patrzyłam w swoje odbicie w lustrze.

- Wyglądasz nieziemsko - Matt stał za mną i zabrał moje długie włosy z szyi żeby mnie pocałować. Gdy to robił miałam ciarki. Jego ciepłe, miękkie usta zostawiały na skórze ślad, a powietrze, które chłodziło lekko wilgotne po pocałunku miejsce, przypominało mi o słodkiej przyjemności.

- Cieszę się, ze idziemy na ten zjazd - poprawił swoją koszule, muszę przyznać, ze w czarnej koszuli, dopasowanej do jego sylwetki, wyglądał niemożliwe seksownie. - czemu tak mi się przyglądasz?

- Bo jest cholernie podniecająco.

- Jest coś, co cie nie podnieca?

- W tobie? Twoje diamentowej żeby. - zachichotałam jak głupia na wspomnienie jego epizodu z nakładkami.

- Już się ich pozbyłem. Skoro wyglądasz pięknie to jedziemy. - Po prostu złapał mnie za rękę i poszliśmy do samochodu.

Jechał jakaś okrężną drogą, coś dzisiaj kombinował, a ja nie mogłam odgadnąć o co chodzi. Gdy
podjechaliśmy pod szkołę parking był pusty, żadnego baneru mówiącego, że dzisiaj jest zjazd.

- Jesteś pewny, że to dzisiaj? Nikogo tu nie ma.

- Jesteśmy za wcześnie, no nic przejdziemy się po szkole. - Wysiadł i otworzył mi drzwi, oho coś się święci.

- Brałeś coś? - Zamknął samochód i splótł swoje palce z moimi, zgrabkowane dłonie, uwielbiałam to.

- Nic, nie wiem o co ci chodzi, chodź – pociągnął mnie lekko i poszłam za nim. Miałam dzisiaj szpilki i byłam bardziej zbliżona wzrostem do niego, mieć bliżej do jego ust, cudownie. Skorzystałam z tego przywileju. Objął mnie w talii i przyciągnął bliżej swojego ciała, położyłam dłonie na jego klatce piersiowej, czułam jego ciepło i twarde mięśnie. Zamruczałam z przyjemności.

- Emma... co ty ze mną robisz. - Powiedział z zamkniętymi oczami, a jego usta ułożyły się w uroczy uśmiech.

- Kocham cię. - Skwitowałam krótko, znów złapał mnie za rękę i szliśmy korytarzem szkolnym w stronę sali gimnastycznej, było cicho i pusto. Zapamiętałam to miejsce inaczej, jako tętniące życiem miejsce spotkań, seksu w toaletach, zawodów miłosnych, wyrywania sobie włosów przez dziewczyny, krzyki nauczycieli i Matt'a, który siedział najczęściej przy drzwiach dyrektora. Nagle na korytarzu zgasły światła, wystraszyłam się i mocniej złapałam go za rękę.

- Nie bój się, sprawdzę co się stało, zostań tu.

- Nie! Ciebie chyba popierdoliło, nie zostawiaj mnie.

- Kotku, po prostu stój tutaj, ja wrócę. A jak nie, to znajdziesz drogę. - Puścił moją rękę, a ja w kompletnej ciemności nie widziałam gdzie się podział.

- Matt! Masz tu natychmiast wrócić! Wykastruje cie przysięgam! Wracaj słyszysz?! - Otoczyła mnie cisza, nie słyszałam jego kroków, jego głosu, słyszałam tylko moje walące z zawrotną prędkością serce.

- Nie bój się Emma – usłyszałam głos gdzieś obok mnie, poczułam czyjś oddech na swojej skórze i znów ta cisza.

- Jesteśmy tu Emma – Kolejny głos … co tu się kurwa dzieje, czy to będzie niestosowne, jak zaraz nawale w majtki ze strachu? … Matt już nie żyjesz.

- Wiemy gdzie jesteś, ty nas nie widzisz – Kolejny mężczyzna, przysięgam, że znam te głosy, ale wiem skąd, strach mnie obleciał. Jestem sama. Zaczęłam biec, przed siebie, przerażona i zagubiona, potrzebuje tego sukinsyna. Wpadłam na coś, światło na korytarzu się zapaliło, a ja trzymałam się za nos, przypieprzyłam o drzwi od sali gimnastycznej. Otworzyłam je, bałam się spojrzeć za siebie. Oniemiałam, sala wypełniona była czerwonymi różami, wręcz bordowymi, piękne. Na środku był rozstawiony podest, na nim Brian z gitarą, Zack tak samo, Johnny z basem, Mike za perkusją a Matt stał jak ciota przy mikrofonie. Ok, a teraz mi panowie wyjaśnią co się dzieje. Tak się jednak nie stało, w mojej głowie rozbrzmiała piosnka Dear God. Shadows śpiewał ją jak nigdy wcześniej, była pełna miłości... do mnie, potrzeby opiekowania się mną. Zalałam się łzami, byłam zawodową płaczką, ale to co zrobił dzisiaj, kurde kto by się nie popłakał. Podszedł do mnie śpiewając ostatni raz refren, po czym padł na kolana i wyciągnął z kieszeni spodni małe aksamitne pudełko, otworzył je a ja zakryłam usta dłońmi, to prawdziwy
błyszczący pierścionek...

- Matt... - wyszeptałam a łzy płynęły już równym strumieniem po obu policzkach.

- Emma... moja mała.
Jesteś latem mym i wiosną roześmianą wciąż radością. To ty zimą i jesienią, jesteś kwiatem i zielenią. Tyś mym źródłem i strumieniem, w tobie gaszę me pragnienie. Z tobą wszystkie chwile dzielę świątek, piątek i niedzielę. Składam dzisiaj w twoje ręce życie moje i... me serce. - O kurwa Matt poetą, kocham go! - Wyjdziesz za mnie?

- Tak idioto! Tak! Tak! Tak! Boże tak! - rzuciłam mu się na szyje, biorąc pod uwagę, że klęczał, to poskutkowało tym, że oboje leżeliśmy na podłodze sali gimnastycznej śmiejąc się jak głupki. Chłopcy zaczęli grać wesołą melodię a Brian zaczął podśpiewywać do mikrofonu

- Powiedziała tak, powiedziała tak o o o powiedziała tak!

Matt wsunął na mój palec śliczny pierścionek z diamentowym oczkiem, pasował idealnie. Przytuliłam się do niego mocno, dając mu całą swoją miłość, która wreszcie zostaje tak bardzo doceniona.

- Jestem najszczęśliwszym facetem na świecie.

- Nie wiem co powiedzieć Matt, dziękuje nie wystarczy.

- To ja mam ci za co dziękować i będę to robić do końca moich dni. - Pocałował mnie. - Zagramy dla ciebie koncert, co ty na to?

- Ja wybieram piosenki, zobaczymy na co was stać. - Nie przestawałam się uśmiechać, oni grali dla mnie każdą moją zachciankę, nawet jak czegoś nie znali to improwizowali, a to kończyło się instrumentalną katastrofą i kupą śmiechu. Uwielbiałam ich, to moja rodzina, to moje życie.


Wróciliśmy do domu grubo po północy, ja dowiedziałam się już, że spotkanie absolwentów to wymysł Matta, który uznał, że oświadczyny w szkole, w miejscu w którym go pokochałam to będzie dobry pomysł. Cóż nie mogę zaprzeczyć, to mi się niesamowicie podobało, zrobione tylko dla mnie, pamiętając o moich uczuciach. Nie mogę się przyzwyczaić, że coś ciężkiego ozdabia mój palec, wciąż się gapie na to cudo i uśmiecham się, ciekawe czy będę mogła powodować wypadki przez ten pierścionek, tak oślepić kilku głupich kierowców... niech giną. Moje mordercze myśli przerwał mój narzeczony, który stał za mną, chwycił za uchwyt zamka i zaczął powoli przesuwać się w dół, czułam jego ciepłe palce na swoich plecach.

- Jesteś już moja. - Pocałował mnie w szyje.

- Zawsze byłam twoja – wymruczałam i odwróciłam się do niego, on zsunął sukienkę z moich ramion a materiał spał do mych stóp, stałam przed nim w szpikach i koronkowej czarnej bieliźnie. Oczy mu błyszczały, złapał mnie lekko za brodę i uniósł mi głowę, patrzyliśmy na siebie.

- Bez gry wstępnej proszę, jestem cała mokra i pragnę cię jak chyba jeszcze nigdy... - Zaczęłam go namiętnie całować, jego dłonie powędrowały na moją talie i pośladki, potem w górę, rozpinał mi stanik. Położyliśmy się na łóżku, był nade mną, złapałam go za szyję i przyciągnęłam do swoich ust. Uwolnił się, całował mój dekolt, piersi, to takie przyjemne. Schodził niżej, błagam bez wstępów przeleć mnie po prostu... chociaż nigdy nie jest „po prostu”. Spojrzał na mnie z dołu i złapał zębami za materiał mojej bielizny i ciągnął uniosłam tyłek a on pomagając sobie rękami zdjął ze mnie resztki odzienia, o dziwo zostawił buty. Rozsunął mi uda i wrócił na górę. Całował jak szaleniec moją szyję, od góry do dołu, z tego będą malinki! Pieścił moje jędrne piersi. Mimowolnie zaczęłam się ocierać o jego nogę, która wdarła się pomiędzy uda. Posuwałam się w przód i tył, tak masowałam łechtaczkę wykonując te ruchy, bo cholera jasna jemu się zebrało na cmoki. - - - Matt! Ja mam swoje lata, nie będę mokra wiecznie. - Upomniałam go, usłyszałam jego śmiech i dźwięk rozpinanego rozporka. Mocno we mnie wszedł. Czułam jego jądra na mych udach… Pchał raz po razie, coraz szybciej, coraz mocniej, coraz bardziej… A ja chciałam go jeszcze głębiej! Pociągnął mnie, on siedział na piętach a ja na nim. Jest ogromny. Momentami miałam wrażenie, ze rozrywa mnie jego wielkość. Poruszałam się na nim szybko, w górę i w dół, za każdym razem czułam jak jego męskość rozpiera moje ciasne wnętrze. Oboje sapaliśmy głośno, jęki były tak spontaniczne i naturalne, że absolutnie się ich nie wstydziłam, nigdy. Ponownie mnie całował, stymulował piersi lewą ręką. Było mi fantastycznie…

- Odwróć się, proszę – jęknął.

Zrobiłam to czego oczekiwał, wypięłam pośladki w jego kierunku i pozwoliłam by posuwał mnie od tyłu, szparka zaczynała pulsować co oznaczało, nadejście tak bardzo upragnionego orgazmu. On nie zwalniał, nadal jego ruchy były szybkie i głębokie. Ja już dłużej nie mogłam. Czuł, że dochodzę, w momencie gdy skurcze zaczynały obiegać moje ciało, nieoczekiwanie wsadził palec w moją drugą dziurkę, co tylko zwiększyło orgazm. Moje jęki doprowadziły również do jego finału. Wytrysk był tak intensywny, że chyba poczułam jak coś uderza mnie w głowę...

- Nie tracisz formy mój przyszły mężu – wysapałam leżąc na brzuchu, kompletnie wyczerpana. Dostałam klapsa- Ała! Zły przyszły mąż!

- Mam pocałować?

- Rób co chcesz, ja właśnie biegnę przez tęcze... - Tak wiele szczęścia przez orgazm, no i pierścionek i jego miłość. 

środa, 26 lutego 2014

14. On ma inną?

Wracałam wlaśnie z pracy, pędziłam autostrada. Byłam wściekła, bo szef nie chciał mi dać wolnego. Cholera. Czy ja chciałam tak wiele? Tylko pojechać na tydzień do Matta. Moja frustracja była o tyle większa, ze on nadal ze mną nie spał. Był za to szarmancki, romantyczny. Zabierał mnie na kolacje, codziennie jak zadeklarowal, dostawałam kwiaty. 

- Cześć, masz chwile? - spytałam gdy Abby odebrała. 

- Jasne, co się dzieje? 

- Potrzebuje mężczyzny. 

- Trafiłaś pod zły adres, mi nie urosła kiełbaska. Co twój mężczyzna dalej nie zaliczył bazy? 

- Nie, teraz wyjechał na kilka koncetów, chciałam polecieć do niego, ale ten konus mój szef nie dał mi wolnego. 

- Ej a może skoro on nie chce z tobą, to ma z kim się no wiesz, pukać. To w końcu facet, nie wytrzyma długo. 

-  Abby! Jak możesz... 

- Tak tylko mowie, bo to po prostu dziwne, wcześniej najchętniej nie wychodziłby z toba z łóżka. 

- To były piękne czasy. Ale za to dostaje kwiaty. 

- Zagłusza swoje wyrzuty sumienia. 

- Mogłam się domyślić ze rozmowa z toba to głupi pomysł. Cześć - rozłączyłam się. Zamiast w moim tymczasowym domu, znalazłam się u rodziców Matta. 

- Emma, jak miło cie widzieć. Zrobię kawy , hm? 

- Chętnie, mam sprawę. 

- Proszę nie mów tylko, ze Matt coś sknocił znów. - Jego mama zrobiła się blada. 

- Nie, to znaczy nie wiem. Tak z pani punktu widzenia, czy Matt mógłby miec kogoś poza mną? 

- Dziecko! Nie... Matt nie jest już taki. Zresztą nie byłby z Val gdyby nie tamto co się stało. 

-Pani wie? - Emma durna babo przecież wszyscy wiedzieli. 

- Gdy trafiłaś do szpitala ja i Garry bardzo chcieliśmy wiedzieć, dlaczego ktoś usiłował cie zabić. Matt początkowo nic nie mówił, oprócz tego, ze to on już dawno powinien umrzeć. Kiedy jednego razu wrócił ze szpitala, po tej kłótni z twoim tata. Powiedział mi o wszystkim, a potem się upił, bo wiedział, ze cie stracił. 

- Mnie stracił? - roześmiałam się, chyba jednak jestem chora na głowę. - Zawsze przy nim byłam. 

- Nie ty powinnaś odpowiadać za jego czyny. 

- Nie chce o tym myślec, to jest przeszłość, zła i okropna. Dla mnie ważniejsze jest to co będzie w przyszłości. 

- Będziecie razem prawda? On tylko przy tobie jest dobry. Zawsze miałaś na niego dobry wpływ. 

- Wie pani, że poczułam się winna temu co on zrobił Lily? Bo tego dnia byłam z nim. Oglądaliśmy film, gadaliśmy, było normalnie. Był sobą. Nie wiem dlaczego nagle tak się zmienił i był takim potworem. 

- Nie jesteś niczemu winna, skoro już ty nie widziałaś niczego niezwykłego w nim, to nikt nie mógł przewidzieć tego co zrobi. Czy on tobie nigdy nic nie zrobił? 

- Złamał mi serce, ale teraz je zakleja. Nigdy nie był wobec mnie agresywny, zawsze o mnie dbał, najlepiej jak umiał i na jak wiele pozwalał mu układ z Val. 

- Tak się ciesze, że nie jest moją synową, nigdy się nie nadawała na dziewczynę, czy żonę dla Matta. 

- A ja się nadaje? - uśmiechnęłam się nieśmiało. 

- Dla mnie będziesz zawsze najlepsza kandydatka. Mam nadzieje, ze Matt również tak sadzi. On bardzo cie kocha. 

- Wiem, co do tego nie mam wątpliwości już od jakiegoś czasu. 

- Wiec dlaczego pytałaś o to czy może miec kogoś? - zarumieniłam się, błagam Kim nie proś o wyjaśnienia, znam twojego syna od malucha... Nie chce ci mówić ze sypiamy ze soba, fuj. Całe szczęście to była dość ogarniętą kobietą, uśmiechnęła się do mnie znacząco. - Kawa gotowa, opowiadaj co w pracy. 

  Tak zleciał wieczór, na plotkach, jedzeniu pysznego ciasta. Poczułam, ze mogłabym należeć do tej rodziny. O ile ktoś jeszcze tez tego chce.
Wyciągnęłam listy ze skrzynki, kilka rachunków, cos do Matt'a, znów do niego... lecz ten list przykuł moja uwagę. Był z liceum do którego chodziliśmy. Ciekawość mnie poniosła i otworzyłam kopertę, było w niej zaproszenie na zjazd absolwentów szkoły, serio? Matt nie pójdzie na taką imprezę. Rozmawiając z nim godzinę później powiedziałam, że dorwałam się do jego korespondencji, nie mia mi za złe, bawiło go, że tak się tym przejęłam.

- Już daj spokój, ja nic przed toba nie ukrywam i możesz przeglądać moja pocztę. - zaśmiał się jeszcze pod nosem. - Emma? A chcesz pójść na ten zjazd? 

- Czy ja wiem. 

- Mógłbym cie zaprosić jak na bal, wtedy zjebałem. Możemy to naprawić. 

- Byłabym twoja dziewczyna z balu?

- Ty jesteś moją dziewczyną. Dasz się zaprosić? 

- Hm... Nie mam sukienki na bal.

- Kupisz sobie, wszystko co zechcesz, proszę. - Nie rozumiałam tego, że jest taki uparty. 

- Czemu ci tak na tym zależy? 

- Zależy mi na tobie, a ja po prostu mam ochotę tam pójść. To jak? 

- Dobrze, pójdziemy. Matt kiedy do mnie wrócisz? Tęsknię. 

- Właściwie to czekam na lotnisku, samolot jest za godzinę, będę w nocy. - Aż zapiszczałam ze szczęścia, a słuchawce usłyszałam jego śmiech. - Ale miałeś być dłużej.

- Ale Zack kiepsko sie czuje i odwołaliśmy trzy koncerty.

- Niech Zacky długo będzie chory.

- Jeszcze będziesz mnie miała dość.

- Nigdy - powiedziałam zgodnie z prawdą. Skończyliśmy rozmawiać 40 minut później gdy siedział już w samolocie, nie mogłam się doczekać.


*** 
  Wróciłem do domu w środku nocy, znalazłem Emme śpiącą na kanapie. Jak dobrze jest wróćić do domu, w którym czeka na ciebie ktoś kogo kochasz. Wziąłem ją na ręce, była ubrana w moja bluzę, jest słodka. Zaniosłem ją do łóżka, tam się rozbudziła.

- Śpij kochanie, ja zgasze tylko światło na dole i wracam do ciebie.

- Jesteś już - przetarła oczy  i nie chciała się mnie puścić. - Zostań. - Usiadłem na łóżku, ona wskrobała mi się na kolana.

- Światło na dole, wrócę.

- Niech się świeci, zapłace za prąd. - Zaczęła całować moja szyje.

- Ej mała... - Chciałem jeszcze poczekać, dać jej wszystko inne na co zasługiwała.

- Dlaczego mnie nie chcesz? - te słowa aż zabolały, kochanie przecież cie chce, zawsze.

- To nie tak, ja po prostu pomyślałem, że powinnaś dostać coś więcej.

-  Sex z tobą to jest coś więcej - Pozwoliłem jej zawładnąć sobą... ona jedna mogła dzierżyć władzę nad moim ciałem, umysłem i duszą. Dobrała się do mojego rozporka, wyciągneła go z bokserek, był gotowy, przy niej zawsze w ułamku sekundy. Na początku zaczęła go lekko lizać, a potem ssać. Cudem powstrzymałem się wytrysku, bo wiedziałem, że przed nami długa noc. A we mnie się sporo nazbierało. Plus jej usta, które zawsze doprowadzały mnie na sam szczyt w 3 minuty. Czułem się przy niej jak wieczny nastolatek. Pochłonęło ją to całkowicie, pieszczoty, które mi serwowała przeszyły mój każdy nerw, lecz teraz ja postanowiłem, że dam jej odrobine rozkoszy.  Wstałem i przyciągnąłem ją na skraj łóżka i uklęknąłem przed nią, a ona bez żadnego namawiania rozchyliła uda. Powoli zdjąłem jej majtki, które już były wilgotne, ale to było nic w porównaniu do jej myszki. Aż prosiła się, aby jej dotknąć. Więc nie czekałem długo, bo język sam zagłębił się w niej. Jej jęki tylko mnie motywowały do większych starań. Lekko poruszała swoimi biodrami, przytrzymałej ją mocniej, teraz ja dyktuje warunki. Jęknęła zawiedziona, ale zaraz się zaśmiała. Orgazm ogarnął całe jej ciało, dostała drgawek, a ręce wbiły się w pościel. Wyglądała na wyczerpaną, lecz nie chciała odpoczywać. Najpierw kochaliśmy się na misjonarza, skupiając się bardziej na całowaniu i dotyku niż na penetracji. Nasze ciała tak tęskniły za wspólnymi pieszczotami. Gdy wbiła mi paznokcie w pośladki zrozumiałem, że chce trochę szybszego tempa. Złapałem ją za piersi i przyspieszyłem. Nie wytrzymałem długo, ponieważ nie mogłem się oprzeć przyjemności. Gdy powiedziałem, że jestem już blisko znów wbiła mi paznokcie w pupe, aby mnie przytrzymać. Doszedłem w niej i był to najprzyjemniejszy orgazm jaki kiedykolwiek przeżyłem. Kiedy położyłem się na bok, aby odpocząć ona była zbyt rozochocona i wskoczyła na mnie. I znów skupiliśmy się na całowaniu. Kochaliśmy się powoli, żeby na cieszysz się każdą sekundą spędzoną ze sobą. Podczas tego powolnego stosunku oboje doszliśmy w tym samym czasie. Leżeliśmy długo w swych ramionach i się całowaliśmy. Potem poszliśmy pod prysznic, aby zmyć z siebie pot. I znów nie mogłem wytrzymać, jej ciało było zbyt kuszące. Na początku niewinnie zacząłem myć jej plecy schodząc coraz niżej, aż do pośladków. Wtedy ona się odwróciła i złapała mnie ze penisa, który delikatnie trącał ją. Oddaliśmy się namiętności. Oparłem ją o ścianę, uniosłem jej nogę i dałem jej tyle rozkoszy, ile tylko potrafiłem dochodząc przy tym dwa razy. Wytarliśmy się wzajemnie i starannie całując się przy tym. Na koniec wziąłem ją na ręce i zaniosłem na łóżko gdzie razem spaliśmy do rana.  


piątek, 21 lutego 2014

13. Załapał mnie za rękę, zwariował.

    Nie mogłam zasnąć tej nocy, patrzyłam na niego, tak spokojnie spał. Kogo widziałam w tej chwili? Mojego przyjaciela, nie chłopaka, który jako nastolatek robił więcej złego niż dobrego. Mogłam mieć wyrzuty sumienia? Pewnie, ze tak, ale ich nie miałam, zawsze potępiałam jego wybryki, gdybym wiedziała o tym zaraz po fakcie, nie wiem czy nasza przyjaźń by przetrwała, nasza
Miłość. Tylko, ze ja nie wiedziałam. Całe lata żyłam u jego boku widząc jak staje się dobrym człowiekiem, odnosi sukces dzięki swojej ciężkiej pracy, jak potrafi kochać, wspierać i pomagać. Nadal nosi ze sobą tamta przeszłość, ale znów ma mnie, razem będzie nam łatwiej udźwignąć ciężar tych wydarzeń. Objął mnie mocniej przez sen, mam nadzieje, ze nie śni mu się znów ten koszmar. Już wiedziałam co śniło mi się tamtej nocy i w wiele innych gdy budził się przerażony, zlany potem, a potem tulił się do mnie błagając żebym była tu przy nim. A potem zasypiał, role się odwracały i to on spał w moich ramionach, przytulony najmocniej jak umiałam. Chociaż moja siła była żadna w porównaniu z jego. Czasem nie umiał sobie poradzić ze swoją siła, to wtedy popełniał najwięcej błędów najgorsze co widziałam w jego wykonaniu to bójka w barze. Kopał mężczyznę wyższego i szerszego od siebie, zadawał mu cios za ciosem, tylko dlatego, ze zaczepił naszego znajomego. Tak radził sobie z emocjami i rozładowaniem sił, ewentualnie seksem, ale nie praktykował tego na mnie. Zrobił mi coś gorszego od złamania serca, o ironio po to by mnie przed sobą chronić? Nie. To odpowiedź na to pytanie sprawiła, ze mogę leżeć tu teraz i dalej cieszyć się naszym uczuciem. Około 11:00 Matt się obudził.

- Wypuścisz mnie w końcu z objęć? - spytałam, a uśmiech nie schodził mi z twarzy.

- Hm... Nie. - Uśmiechnął się a zaraz potem mnie pocałował. To było coś w rodzaju niewinnego cmoka, który zaraz przerodził się w namiętnym pocałunek, pełen tęsknoty. Jego dłoń dotykała mojego policzka, delikatnie gładził kciukiem skore mojej twarzy. Jego miękkie usta dotykały moich a już po chwili czułam jego język, nie musiał nawet zachęcać mnie do wspólnej zabawy. Nagle wszystko popsułam, złapałam jego krocza, obudził we mnie pożądanie, to takie dziwne? Jest obrzydliwie przystojny i pociągający. Nie chce mnie? ...

- Emma, nie.

- Ale dlaczego? - zrobiłam naburmuszoną minę.

- Sex z tobą jest obłędny, wyjątkowy i uwierz mi, cholernie trudno mi wytrzymać. Ale nie, daj mi szansę pokazać ci, ze zależy mi na czymś więcej niż seks.

- Ale ja wiem, ze ci zależy na mnie. Gdybym tego nie wiedziała, to by mnie tu nie było, bo spłonęłabym w tym cholernym domu.

- Daj mi szanse się wykazać, ok? Bardzo mi zależy. - znów ten nieśmiały cmok.

- Dostanę kwiaty i będzie seks tak?

- Wyczuwam nutkę desperacji? - zaśmiał się i dał całusa w nos. - tęskniłem.

- Ha ha ha. Cmoknij mnie w dupę.

- Nie prowokuj. - te przeklęte dołeczki! Ucałowałam jeden i drugi.

- To co? Skoro nie skorzystam z twojego wzwodu, to może chociaż dostanę śniadanie?

- Wezmę tylko prysznic i zamówię coś.

- Prysznic? - przejechałam palcem po jego torsie.

- Bądź grzeczna, to dostaniesz to na co tak czekasz. I o wiele więcej.

- Idź się umyć, może ci się myślenie poprawi i zmienisz zdanie.
- Nie licz na to, ale doceniam twoja Determinację. - poszedł do łazienki, ja z braku czegokolwiek lepszego do robienia grałam na jego konsoli w medal of honor, tak wszyscy zgina z mojej ręki!
 
   Zjedliśmy wspólne śniadanie, rozmawialiśmy o czekającej zespół trasie. Planach związanych z kolejnym teledyskiem. Naszych planach co dalej. Miałam się do niego wprowadzić, wolałam żeby zamieszkał ze mną, miałam przecież prace w los Angeles. Ale to było jeszcze to obgadania, teraz spacerowaliśmy po mieście. Trzymałam w ręce kosz kwiatów, nie oddam nikomu.

- Są dość ciężkie, możne mi je dasz?

- Nigdy, są moje - ścisnęłam mocniej uchwyt. Nigdy nie dostałam od niego kwiatów.

- Przecież ci ich nie zjem chce pomoc, nie masz dużo siły.

- Od moich słabych ramion to się odczep, a kwiatów nie dostaniesz, bo skąd wiem, ze pod wpływem ciepła nie zamieniasz się w kozę i mi ich nie zjesz?

- Słońce ma akurat na ciebie większy wpływ, ten zły, bo majaczysz. - zaśmiał się i złapał mnie za rękę, jesteśmy na ulicy, och... Zwariował. - masz ochotę na kawę? - i wskazał na urokliwa mała kawiarnie.

- Pewnie i sok. - otworzył mi drzwi i puścił przodem, no wariat.

- Siadaj a ja coś zamówię - pocałował mnie, niedaleko siedziało kilku mężczyzn, no tak znaczył teren. Wrócił z kawa dla mnie i dla siebie, oraz sokiem i ciastem.

- Poszalałeś - napiła się pysznego soku pomarańczowego.

- Jeszcze nie raz cie zaskoczę.

- Tak samo jak rano? - wypomniałam mu to ze odmówił mi seksu.

- Emma, proszę. Możemy to zrobić nawet tutaj w tej chwili, ale ja chce zęby było wyjątkowo.

- Tutaj byłoby zdecydowanie mało intymnie. Ci panowie na nas patrzą.
- Na ciebie, ale maja szczęście, ze się tylko patrzą. - ostatnie słowa wycedził z zaciśnięta szczeka, oj Matt daj spokój.

  Rozmowę przerywał nam nalot fanów, podejrzewam ze pierwsza dziewczyna prosząca o autograf na cycku, rozpowiedziała całemu światu gdzie się ukrył M.Shadows. Głupia kurwa.

- Hej złośnico.

- Nie jestem złośnica, ta baba właśnie zmacała ci tyłek. - Byłam wściekła.

- Upomniałem ja, co więcej mogłem zrobić?

- Zabić. - Warknęłam.

- Gdybym miał zabijać wszystkie dziewczyny, które mnie dotknęły, nie miałbym fanek.

- Tym lepiej dla mnie.

- Jesteś zazdrosna - uśmiechnął się. Ja zazdrosna? Nawet nie wiesz jak bardzo.

- Mam powody, ty zresztą też znaczyłeś teren jak tu przyszliśmy.

- Znaczyłem teren? - roześmiał się

- Pocałowałeś mnie przy tych wszystkich panach.

- Oj Emma, co ja się z tobą mam. Wracamy do hotelu. - Oznajmił i wziął moje kwiaty, o nie wara od nich.

- Moje - powiedziałam krótko i zabrałam je. Niosłam dumnie kosz do samego hotelu, a on trzymał mnie za rękę.

 Zjedliśmy wspólnie z chłopakami obiad, potem kolejny koncert i nie wiem już, czy Matt tak szalał bo miał pierwszy stres związany z występem, za sobą, czy to możne moja zasługa. Z samego rana wróciliśmy do Huntington Beach. Ja zabrałam trochę swoich rzeczy z mieszkania. Wróciłam do miejsca w którym wszystko miało być już dobrze. W końcu byłam przy nim.

poniedziałek, 17 lutego 2014

12. Come back to me, it's almost easy

      Wylądowałam w Montreal'u gdzie dzisiaj miał być koncert Avenged Sevenfold. Nie mogłam przepuścić ich pierwszego występu po śmierci Jimmy'ego. Jechałam taksówką do hotelu, wiedziałam gdzie się zatrzymują, byłam w stałym kontakcie z Brian'em. Czy mogłam sobie odpuścić jakiś wieści o przyjacielu? Nie. To było silniejsze ode mnie, potrzebowałam pewności, że on sobie radzi. Wiele razy próbował się ze mną kontaktować, zostawiłam mu kilka wiadomości, że u mnie wszystko dobrze i żeby się nie martwił. Nie umieliśmy nic poradzić, tęskniliśmy za sobą a nasze uczucie nie wygasło. Starałam się zacząć swoje życie od nowa, znalazłam inną pracę, przeprowadziłam się do Los Angeles. Stałam w lobby hotelu i nie wiedziałam co zrobić, już uciekać, czy dać sobie, nam, szansę. Jechałam windą w górę, przecież Emma Smith nie poddaje się tak łatwo. Jestem naiwna, wiem, głupia, tak to oczywiste. Ale co poradzę, że kocham tego, pozbawionego skrupułów, faceta. Wpadłam do pokoju, niemal dosłownie, po potknęłam się o własne nogi, gdy zobaczyłam w końcu korytarza Zacka. Serce mi waliło, mam nadzieję, że mnie nie widział.

- Aaa! - krzyknęłam i szybko zakryłam usta, kiedy ktoś zapukał do drzwi.

- Przepraszam, zostawiła pani bagaż przed drzwiami. - To Zack... kurwa, kurwa, kurwa.

- Tak? No tak... - idź sobie, idź … mówiła moja podświadomość.

- Ej Gates patrz, to zabawne, na walizce jest etykietka Emma Smith. - usłyszałam i zamarłam.

- Chodź, już jesteśmy spóźnieni... co cie obchodzi walizka. - poganiał go, ich głosy cichły z każdą chwilą. Aż słyszałam już tylko moje walące serce.

- Ja pierdole z wami... -otworzyłam drzwi i wzięłam walizkę do środka. - Głupia walizka! - wyzwałam ją, jakby była czemuś winna.
    Wzięłam chłodny prysznic, lipcowy dzień za bardzo pieścił promieniami słonecznymi. Ubrałam szorty, koszulkę zespołu, w której związałam supeł z nadmiaru materiału w okolicy brzucha. Do tego nieśmiertelne Vansy, no dobra poprzednie umarły i teraz były nowe i czyste. Związałam włosy w niechlujny kok, na nos poszły Rayban'y takie jak nosił Matt. Cóż po prostu kiedyś mu je zabrałam i nie oddałam, a on się nie upominał. Pojechałam na miejsce koncertu, było pełno ludzi, słońce świeciło intensywnie, a ja żałowałam, że nie mam teraz czapki, bo udar był gwarantowany. Zajęłam dogodne miejsce, wśród innych fanów. Zaczęli od Nightmare, a ja miałam ciarki, słyszałam piosenki z nowej płyty, ba... w jeden wieczór nauczyłam się ich na pamięć. Śpiewałam każde słowo razem z Shadows'em, który notabene miał na głowie irokeza, sama nie wiem czy w tamtej chwili go kochałam czy nienawidziłam. Bleh. Przy Critical Acclaim szalałam jak dziecko. A kiedy myślałam, że So Far Away wywołało u mnie najwięcej emocji...

- To już ostatnia piosenka i chciałem... ją zadedykować dla kogoś ważnego, najważniejszego. To kolejna najbliższa memu sercu osoba, którą straciłem. Emma... to dla ciebie. - Polecieli z Almost Easy. 

  To był koniec, wysłuchałam całej piosenki zalewając się łzami. Biegłam do wyjścia, przepychając ludzi, których mijałam. Nigdy nie biegłam tak szybko, znalazłam się przy ogrodzeniu, za którymi były autobusy zespołów. Nie wytrzymam do wieczora, aż wrócą do hotelu. Potrzebuję go tu i teraz.

- Dan! - Krzyknęłam gdy zobaczyłam go między autobusami, rozejrzał się, ale chyba nie zauważył. Kurwa!

- Mam go zawołać? - Spytał się mnie ochroniarz.

- Mógłbyś? To Dan, przyjaciel zespołu Avenged Sevenfold, mój też, proszę.

- Przysługa za przysługę. - Spojrzał na mnie, chyba chciał być seksowny, ale mu nie wyszło.

- No mów...

- Wpuszczę cie tu, ale zrobisz mi loda, a potem pójdziesz do kogo chcesz.

- Dobra, niech będzie. - Wpuścił mnie – Mogę ci coś powiedzieć na ucho ? - Pochylił się i dostał prawy sierpowy, a na dokładkę z kolana w krocze. Pobiegłam w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą widziałam kolegę. - Cholera Dan, gdzie jesteś.

- Emma? - To Jason, dobrze cie widzieć.

- Berry! Jak dobrze, że jest tu ktoś znajomy, gdzie są chłopcy?

- Przeżywają koncert, byłaś tu przez cały czas?

- Tak... nie widzisz, że się rozmazałam? - Złapał mnie za rękę i prowadził do zespołu, a mój żołądek podszedł mi do gardła. - Shadows, mam dla ciebie gościa specjalnego. 
  
  W środku wszystko mi się trzęsło, odwrócił się i patrzył na mnie, trochę się zmienił, był smutny. Miałam wrażenie, że wszystko wokół nas się zatrzymało, jestem tylko z nim. Patrzymy na siebie nawzajem i próbujemy odgadnąć czego pragniemy. Zrobił krok w przód, a ja dalej stałam na swoim miejscu, onieśmielona jego urokiem. Stał przy mnie, nie spuszczałam z niego wzroku, jego dłoń spoczęła na moim policzku.

- Emma – moje imię w tej chwili brzmiało najpiękniej jak mogło, a znaczyło niemal to samo co „kocham cię”. Zaraz byłam w jego ramionach, oplotłam go nogami, on szczelnie tulił mnie do siebie. Wszystko co złe właśnie zniknęło, tu był mój dom, spokój, bezpieczeństwo i miłość. On był wszystkim czego tak pragnęłam w życiu, tylko jemu mogłam ofiarować swoje uczucie. Mógł być dla kogoś najgorszym człowiekiem na świecie, dla mnie zawsze był wszystkim.  

11. Nowy początek.


Matt!

Nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo może boleć życie bez Ciebie. Teraz przeżywam inną samotność to coś, co ma siłę jakiej wcześniej nie znałam. Bo nie wiedziałam, że mnie kochasz. To wręcz fizyczny ból, poraża całe ciało, wiotczeją ręce, słabnie głos, tracę siłę, świadomość, ochotę na cokolwiek, boli całe ciało, chwilami chce mi się krzyczeć, chwilami płakać, chwilami nic mi się nie chce. Bardzo boli myśl, że mogłabym być teraz obok Ciebie, tulić Twoje dłonie, całować usta, wdychać Twój zapach... Niestety jest to niemożliwe...
Pamiętam każdą chwilę spędzoną z Tobą, każdy gest, każde wypowiedziane słowo. Kocham Twój głos, uwielbiam kiedy po prostu jesteś... Wiem, że Ty też bardzo tęsknisz i cierpisz z powodu naszej rozłąki. Jest to najgorszy okres w naszym życiu i próba, jakiej nigdy wcześniej nie stawiliśmy czoła. Wiem też, że moja miłość do Ciebie jest tak wielka, że przetrwa wszelkie próby! Wierzę, że kiedyś będziemy razem. Liczę każdą sekundę, która zbliża nas do tej chwili...i mam nadzieję, że ty też czekasz.
Emma. 


   Codziennie czytałem ten list, nie widziałem jej już miesiąc i nadal nie miałem pewności, czy jeszcze kiedyś się z nią spotkam. Jej ojciec kategorycznie zabronił mi się do niej zbliżać. On też znał prawdę o mnie... to przez Val. Wiedziała jak się ustawić, głupia nie wiedziała tylko jak uparta potrafi być Emma. 

- Cholera Shadows, od 5 minut coś do ciebie mówię. - Warknął Johnny.

- Przepraszam, zamyśliłem się - poklepałem się po twarzy, byłem bardziej ogarnięty? Niezbyt.

- Musisz się wziąć w garść, mamy materiał do skończenia, a ty ciągle jesteś w innym świecie.

- Johnny, straciłem kolejną najważniejszą osobę w życiu, spróbuj mnie zrozumieć.

- Próbuje, ale nie rozumiem. Skoro ona nie umarła, to dlaczego o to nie walczysz? Tylko siedzisz na dupie i użalasz się nad sobą. Zresztą, wyjaśnij mi, jakie straciłem, wyznała ci po raz kolejny miłość. Pomyśl co ona musi teraz czuć, kiedy nie odpisujesz jej.
- Ja to wszystko wiem, ale boje się, że znów ja skrzywdzę. Ona zawsze czuła do mnie coś więcej. Pozwalałem jej na okazywanie tego. Po czym zostawiałem ja i szedłem do Val. Fakt musiałem, mieliśmy ten chory układ. Ale na tym ślubie, kiedy Emma weszła i spojrzała na mnie... zrozumiałem, że tylko przy niej się nie boje. Tylko teraz nie chcę, żeby moja przeszłość ją dopadła. Johnny, nigdy na nią nie zasługiwałem, nigdy.

- Emma miała racje, ty jesteś psem ogrodnika, nie jebanym, ale pojebanym. Idź już lepiej śpiewać, do tego się nadajesz, reszta życia ucieka ci przez własną głupotę.

- Dzięki stary. - Wstałem, otrzepałem tyłek i wszedłem do studia, wziąłem kartkę z tekstem „So Far Away” i zająłem się pracą.

***

- Dalej cisza? - spytała Abby

- Nie wiem, czy jeszcze powinnam mieć nadzieje.

- Nigdy wcześniej się nie poddawałaś, to będzie nowość. Kiedy będziesz mogła stad wyjść?

- W przyszłym tygodniu kończy się moja terapia. Nigdy nie wybaczę mojemu ojcu, że zrobił ze mnie wariatkę. Okej facet chciał mnie spalić, Emma z grilla, hura, ekstra zabawa. I co z tego, żyje... doceniam to, ze w porę ktoś mnie uratował. I nie jestem wariatką.

- Podejrzewam, ze Rob chciał za wszelka cenę oddalić cię od Matta.

- Po pierwsze jestem dorosła, umiem sobie radzić w życiu, mam prace, albo miałam. Mam dom, płace rachunki i podatki. A moje sprawy sercowe to jest nie jego sprawa. On już sobie ułożył życie i niech da szanse innym.

- To twój ojciec, on to widzi trochę inaczej. Emma, ja tez wiem, że bardzo cierpiałaś przez Matta, nie możesz tego ciągle wymazywać ze swojej świadomości. Kochasz go, to miło z twojej strony, ale nie dawaj tak sobą pomiatać, miej chociaż odrobinę godności.

- Wara od mojej godności, mam ja i czujemy się obie dobrze. Daj mi swój telefon.

- Nie mogę, ty nie powinnaś się z nim kontaktować. Już niepotrzebnie przekazałam mu ten list.

- Potrzebne, chce żeby wiedział, że go kocham.


- Nie robi na tobie wrażenia fakt, że zgwałcił dziewczynę?

- Nie powiedziałam tego. Uważam, że zrobił straszną rzecz. Ale wiem też, że już za to zapłacił.

- Kochasz gwałciciela, faceta który zabił niewinną kobietę.

- On nikogo nie zabił! Nie mów tak! - To oskarżenie było okropne, i nieprawdziwe. - Matt popełnił w życiu wiele błędów, ale to ona odebrała sobie życie, nie on jej.

- On odebrał jej godność, kobiecość, zabrał z niej miłość, radość i chęć do życia, przyczynił się do jej śmierci.

- Wyjdź... - wstałam z łóżka i otworzyłam drzwi. - Żegnam Abby.

- Popełniasz wielki błąd stawiając go na pierwszym miejscu. W końcu zostaniesz sama. - całe szczęście jej wywody się skończyły, a ja zamknęłam za nią drzwi. Usiadłam na łóżku. 


    Oczywiście, że miałam żal do Matta za to co zrobił, to że ukrywał swoją historie tyle lat. To w końcu doprowadziło do próby odebrania mi życia, przez brata Lilly, ale ja ciągle powtarzałam w głowie to co powiedział Bob. Mój oprawca dał mi więcej nadziei niż ktokolwiek inny „Na nikim mu bardziej nie zależy”. Jestem dla Matta najcenniejsza, jeśli tak jest to nie umrę i proszę, czy aby czasem ta historia nie kończy się tym, że żyje? Wiedziałam ze tam był. Lekarze mówili, że głosy, które słyszałam, nie były prawdziwe. Stres wpłynął na odróżnianie faktów, od tego co sama uroiłam w głowę. Ale nie, nawet widząc czyhająca na mnie śmierć, jestem pewna ze słyszałam jego głos. Potem pomachałam kosiarzowi i wystawiłam język. Czułam jakbym leciała, prawdę mówiąc wole ta wersje, od tej, że strażak wyniósł mnie z płonącego domu. O ile fajniej będzie to opowiedzieć dzieciom „... i wyleciałam z domu. " idealnie. Moje rozmyślania nad opowieściami przy łóżkach moich pociech przerwała mama. Weszła do pokoju z ciastem w pudełku.


- Sernik?

- Twój ulubiony - podała mi porcje i deserowy widelec, nosiła sztućce w torebce? Tak to moja mama.

- Mmm, dziękuje mamo. - Zaczęłam jeść i czułam jej wzrok na sobie, spojrzałam na nią. - Hm?

- Jak się czujesz?

- Dobrze, nie mogę się doczekać, aż stad wyjdę. - Podała mi telefon – po co mi to?

- Zadzwoń - wepchnęła mi telefon w dłonie, a mnie nagle obleciał strach.

Zobaczyłam, że moja mama często z nim rozmawiała. Spis połączeń miał co najmniej dwa telefony dziennie.

- Rozmawiacie?

- Tak, on zapytał czy mogę mu mówić o tym jak się czujesz. Tak ogólnie, co robisz. Nie mówiłam mu tylko, że jesteś w klinice.

- Martwi się. - Myślałam, że powiedziałam to pod nosem, ale jednak na głos.

- Zadzwoń, uwierz mi on się ucieszy. Bardzo się martwi.

Czekałam aż odbierze, nie trwało do długo, po drugim sygnale usłyszałam głos za którym tak tęskniłam.

- Pani Smith? Coś się stało z Emma? - Zapytał lekko zdenerwowany, och Matt. Ze mną wszystko dobrze. Brakowało mi współpracy aparatu mowy z mózgiem. Nie mogłam powiedzieć ani słowa. - Hallo, co się dzieje?

- Wszystko dobrze. - Wyszeptałem, a po drugiej stronie zapadła grobowa cisza.

- Emma – powiedział po chwili, moje imię brzmiało tak pięknie gdy on je wypowiadał.

- Dostałeś list? - możne go nie dostał, w końcu Abby była taka cięta na niego.

- Tak, Jest wiele rzeczy, o których chce ci powiedzieć.

- Mów, powiedz mi wszystko, chce cie słuchać.

- Będziemy mogli się spotkać?

- Ja … - Teraz przepadłam, w mojej głowie i duszy coś pękło. - Nie wiem, nie ma mnie w Huntington Beach.

- Rozumiem, przepraszam, że przeze mnie musiałaś uciekać.

- Nie, nie masz za co. Po prostu tak było lepiej. Mój ojciec tak uważał.

- Wrócisz? - spytał z nadzieją.

- Jak idzie nagrywanie płyty? - usłyszałam ciężkie westchnienie. Ale ja nie wiedziałam czy wrócę.

- Kończymy, chciałbym żebyś usłyszała to co nagraliśmy. Nie musisz uciekać, ja nie zbliżę się do ciebie, nie skrzywdzę cie już nigdy. To ja się usunę... masz prawo żyć tutaj, wśród bliskich.

- To co napisałam w liście... zapomnij o tym liście.

- Ale Emma... Ja też cie kocham, zawsze, przecież wiesz.

- Powodzenia Matt, trzymaj się. - Nacisnęłam „rozłącz” i oddałam telefon mojej mamie. Co ja właśnie narobiłam.

- Tak to miało wyglądać? - spytała mnie, chowając urządzenie do torebki.

- Nie, wszystko jest absolutnie źle...

- Podjęłaś już decyzje. Jesteś odpowiedzialna za swoje wybory.

- Tak będzie lepiej, musi być.

- Och Emma dziecko, kiedy ty będziesz szczęśliwa? - Wzięła mnie w ramiona. Chociaż czułam jej miłość, nie dostawałam w tych objęciach nic więcej. Tęskniłam za nim, ale wybrałam inaczej niż podpowiada mi serce. Ono nie możne działać dobrze, jest poszarpane, popsute, gorsze i nikt go nie pokocha, już nigdy. Abby miała racje, będę sama.


niedziela, 16 lutego 2014

10. Śmierć już stała w progu.

   Siedziałam sama w domu, pracowałam przy komputerze. Nie mogłam się skupić, ciągle myślałam dlaczego Matt nie obiera telefonu, sam nie dzwoni do mnie. Wiedziałam, że praca w studiu wreszcie ruszyła pełną parą, ale nie lubiłam zostawać sama wieczorami w domu. Dzwoniłam już chyba dwudziesty raz.

- Hallo?

- Matt! Czemu się nie odzywasz, martwię się. Kiedy wrócisz?

- Dzisiaj zostajemy na noc, dobrze nam idzie. Zobaczymy się jutro, odbiorę cię z radia ok?

- Nie chcę być tu sama...

- Emma zrozum, naprawdę się zgraliśmy i mamy świetny dzień, zamknij okna i drzwi, połóż się do łóżka. Jeśli chcesz mogę poprosić moją siostrę żeby wpadła do ciebie.

- Co mi po Amy, chce ciebie.

- Przepraszam.

- Spróbuje się położyć, odezwij się czasem, chcę wiedzieć, że u was wszystko gra.

- Jutro dam ci do przesłuchania kilka kawałków, zobaczysz jak wszystko gra. - Żartowniś.
- Dobranoc Matt.

- Dobranoc Emma, tęsknie – ton jego głosu był ciepły i pełen miłości.

- Pa – rozłączyłam się. Poszłam na górę, wzięłam ciepły prysznic, ubrałam majtki i jego bluzę. Obudził mnie budzik, nie wiem nawet kiedy zasnęłam. Spojrzałam na telefon, jedna wiadomość.

„ Dzień dobry, mam nadzieję, że dobrze spałaś. Kocham cię, Matt”

- Spałam okropnie – powiedziałam gdy tylko odebrał. - Bez ciebie jest bez sensu.

- Będę miał niespodziankę, ale to dopiero jak skończysz pracę.

- A wam jak poszło?

- Świetnie, posłuchasz kilku kawałków. Szykuj się do pracy, już późno.

- No wiem, do południa.

- Pa – rozłączył się, a ja poszłam coś na siebie włożyć. Wystarczyły czarne rurki i vansy, na górze nadal była jego szara bluza. Miałam doła, nie miałam ochoty na strojenie. Wyszłam z domu i spacerem szlam w stronę pracy.

- Hej, może cię podwiozę? - na dźwięk jego głosu przez moje ciało przebiegły ciarki.

- Nie, dzięki Bob, poradzę sobie.

- Chcesz poznać prawdę, którą Matt ukrywa przed tobą?

- Nic nie ukrywa. Znamy się od wielu lat i wiem, że jest ze mną szczery.

- Pamiętasz Lilly? - aż stanęłam. A on zatrzymał samochód, który powoli sunął przy krawężniku. Spojrzałam na niego. - Zainteresowałem cię.

- Ona zniknęła pod koniec liceum, nie wiem co się z nią stało. Nie znałam jej rodziny, spotykałyśmy się czasem po szkole z nią i Abby. To wszystko.

- To była moja siostra. Wsiadaj, opowiem ci wszystko.

- Co jej zniknięcie ma wspólnego z Matt'em?

- Daj mi szansę opowiedzieć Ci historię … tylko wsiądź do samochodu. - Zrobiłam to, bez większego namysłu. Czułam, że wszyscy coś wiedzą, tylko ja pozostaje nieświadoma.

- Czekam.

- Wszystko w swoim czasie – zablokował drzwi, nie mogłam już uciec. 

- Dlaczego to robisz?

- Bo on musi zapłacić za to co zrobił Lilly.

- Co takiego jej zrobił? Lilly nie interesowała się mężczyznami. Wiec nie rozumiem o co próbujesz go oskarżyć.

- Zgwałcił moja siostrę, tamten dzień przekreślił całe jej życie. Załamała się, leczenie, konsultacje z lekarzami, nic nie pomagało. Jej depresja się pogłębiała. Jej życie to wyizolowany świat szpitala psychiatrycznego... rok temu popełniła samobójstwo. Sprawa się przedawniła, jebane prawo! Matt powinien zdychać, gnić w więzieniu za to co jej zrobił.

- On tego nie zrobił, nie wierzę ci – wykrzyczałam. Matt którego znałam i kochałam nie był zdolny do zrobienia czegoś takiego.

- Mam dowody... - nie mówił już nic więcej, ja też, patrzyłam przez szybę. Po niedługiej chwili zatrzymaliśmy się pod jakimś domem.

- Nie odwieziesz mnie do pracy prawda?

- Och Emma twoja naiwność jest aż przerażająca. Jesteś jak dziecko, albo i jeszcze gorsza.

- Po co mnie tu przywiozłeś?

- Żeby cię zabić oczywiście – powiedział to tak zwyczajnie... jakby właśnie mówił o tym, że zapomniał kupić świeży chleb na śniadanie. Kurwa.

- Doceniam twój czarny humor, ale teraz odwieziesz mnie do pracy i zapomnimy o całej tej chorej sytuacji.

- Nie, o niczym nie zapomnimy. Matt nie może już trafić do więzienia, jego ofiara nie żyje, sprawa jest przedawniona. Ale on musi ponieść karę za to co zrobił.

- Dlaczego więc chcesz zabić mnie? Ja nie mam z tą sprawą nic wspólnego. I nadal nie wierzę, że on to zrobił!

- Emma, Emma, Emma... - pokręcił głową i zacmokał z dezaprobatą. - Nie udawaj głupiej, ten facet ucierpi jeśli straci ciebie. Na nikim mu bardziej nie zależy. Wysiadaj.

- Bob, nie musisz tego robić. 

- Strach cię obleciał co? - wysiadł z samochodu, ja siedziałam dalej, wierząc, że on wcale mnie z niego nie wyciągnie. Gdy dostałam w twarz zrozumiałam, że to już koniec żartów. Wyciągnął mnie z samochodu. Dom był zimny i pusty, stary. Kazał mi usiąść na krześle w salonie, opaskami do kabli przyczepił moje kostki do nóg krzesła, nadgarstki spiął razem ciasno.
 Wyszedł, po chwili wrócił z pudłem, które rzucił tuż przed moje nogi.

- Co to? - spytałam szeptem, okropnie się bałam.

- To jej pamiętniki. Przeczytasz je i poznasz prawdę o nim... o potworze, który zgwałcił moją siostrę.

- Matt nie jest potworem! - Mnie nigdy nie skrzywdził, więc nie mogłam tak o nim myśleć. Nie znałam też tej historii z jego życia.

- Jest... - otworzył mi zeszyt – zacznij czytać – nakazał. Spojrzałam na pierwsze zdania - Na głos!

- Nie mogę – do oczu zebrały mi się łzy, w gardle poczułam ucisk, nie powiem ani jednego słowa.

- Przyszłam do niego, był sam. Powiedział, że Emma przyjdzie niedługo z naszymi znajomymi. Nie wiedziałam, że Matt mnie lubił, nigdy nie zapraszał mnie na imprezy. Ale Emma zawsze wspominała, jaki on jest fajny, trochę zakręcony. Przyjaźnili się, mieli swoją paczkę w szkole, ja byłam z boku. Nie żałowałam... nie wiedziałam, że powinnam się zawsze trzymać od nich z daleka.

- Przestań

- Teraz twoja kolej, to część o twojej miłości... zobacz kogo kochasz.

- Nie przeczytam tego. - złapał mnie mocno za włosy, odchylił moją głowę do tyłu – Proszę...

- Za długo się z tobą cackałem, ale chciałem dobrze cię poznać... wiedzieć jakie masz słabe punkty. On jest twoją słabością, dla niego zrobisz wszystko. Teraz to przeczytasz.

- Złapał mnie – zaczęłam ale ścisnęło mi gardło.

- Czytaj... chce słyszeć jak czytasz, jak zaczynasz go nienawidzić...

- Złapał mnie i powiedział żebym się nie wyrywała i nie krzyczała. - zrobiłam długą pauzę. - Zdarł ze mnie rajstopy, związał mi nimi nadgarstki do dzisiaj czuję ich ucisk, chłód moich dłoni.. Bob błagam, nie chce.

- Czytaj dalej – powiedział przez zaciśnięte zęby, narastała w nim wściekłość, a ja bałam się coraz bardziej. Moje łzy kapały na pożółknięte kartki.

- Zaczął mnie dotykać tam, to było okropne uczucie. Zaczęłam krzyczeć, to była moja jedyna broń, zatkał mi usta dłonią, potem moją bielizną. Jego język był nieustępliwy. - Zrobiłam pauzę, czytanie tego było katorgą, to było jak moje powolne umieranie... - Gdy wszedł we mnie poczułam ogromny ból... to nie było najgorsze, chciałam umrzeć gdy wsadził swojego penisa w moje usta, czuć jego podniecenie, które narastało przez mój strach... przerażające. Do tej pory czuję okropny smak jego spermy, pełen goryczy, nienawiści do mnie... - Spojrzałam na niego i dopiero teraz zauważyłam, że to nagrywa.

- Chcesz mu coś powiedzieć? Teraz już znasz prawdę... Szkoda, że on nie miał odwagi ci powiedzieć.

- Wyłącz to. - Spuściłam głowę, pociągnęłam nosem, łzy płynęły równym strumieniem po moich policzkach.

- Pożegnaj się...

- Spierdalaj. - W mojej głowie toczyła się walka, taki Matt nie istnieje, to nie mieściło mi się w głowie. Tamtego dnia się z nim widziałam, był sobą. Mój Shadows... jak mógł zrobić coś takiego. Co nim kierowało, dlaczego Lilly. Nadal brakowało mi odpowiedzi na wiele pytań. Poczułam jak coś wibruje w kieszeni bluzy, zaraz po wibracji rozległ się dzwonek mojego telefonu.

- Masz ze sobą telefon!? - Wrzasnął i wyciągnął go – O proszę … o wilku mowa.

- Chcę go usłyszeć...

- Emma? Kochanie gdzie jesteś, czekałem pod radiem, w końcu nie wytrzymałem i poszedłem cie szukać. Mówili, że nie było cię dzisiaj. W domu też cię nie ma... co się stało?

- Matt – wydusiłam z siebie po czym się rozpłakałam.

- Twoja dziewczyna chce się pożegnać. - Powiedział Bob pełen satysfakcji w głosie.

- Kto mówi? Emma! Gdzie ty jesteś? …

- Nie wiem, kocham cie.

- Em... - połączenie zostało przerwane.

- Mądrze postąpiłaś... Jednak, żeby nie dawać mu szansy na znalezienie cię, pozwolisz, że nieco przyspieszę mój plan pozbycia się ciebie. - Nie czekał na odpowiedź wziął dwa kanistry i rozlewał benzynę. Nie byłam obeznana w temacie, ale jeśli miałam umrzeć, to może lepiej tym płynem mnie, zamiast ścian...

- Nie starczy ci na mnie...

- Oj głupia, gdybym chciał żebyś umarła szybko to po prostu bym cię zastrzelił. Masz cierpieć, twoja śmierć będzie powolna. Ogień powoli obejmie dom, będzie się zbliżał do ciebie, w tobie zacznie narastać strach, aż spalisz się tu żywcem. Analiza śledczych to wykaże, on się dowie o twojej śmierci pełnej cierpienia... to go wykończy. I przestanie się panoszyć.

- A co z twoimi wyrzutami sumienia?

- Nie mam sumienia, nie mam serca, zostało wyrwane gdy patrzyłem jak powoli moja siostra staje się cieniem człowieka i umiera.

- Bob nie musisz tego robić, można to załatwić inaczej. BOB! - krzyknęłam gdy zobaczyłam, że odpalił zapalniczkę. Moje serce biło tak szybko, jak chyba nigdy. Śmierć już stała w progu i czekała na moją niewinną duszę. Ogień buchnął na ścianę przede mną. Krzyczałam, próbowałam chociaż o milimetr przesunąć się od ściany ognia. On zniknął. Pokój z każdą minutą wypełniał się przytłaczającym ciepłem, miałam wrażenie, że już się pale. Brakowało mi powietrza, chciałam chociaż stracić przytomność nim moje ciało zajmie się ogniem... może umrę szybko a potem będę po prostu płonąć, nie poczuje bólu. Coś może boleć bardziej od złamanego serca? Uniosłam głowę, zmrużyłam oczy, nie mogłam ich całkiem otworzyć, bo gorące powietrze to uniemożliwiało... widziałam coś migoczącego. Co to było, pomoc? Nikt mi nie pomoże, nie wiedzą gdzie jestem. Poczułam, że nie mogę oddychać... potem była ciemność.


***

- Emma! - wrzeszczałem patrząc na płonący dom, wiedziałem, że tam jest. Brian przytrzymywał mnie. Inaczej wbiegłbym do tego domu i wyciągnął ją... - Emma!

- Mamy kogoś – odezwała się krótkofalówka jednego ze strażaków.

- To Emma... - Niech nic jej nie będzie, nie może odpowiadać za moje błędy. Mówiłem w myślach. Zobaczyłem jak wynoszą ją, strażak biegnie do karetki, żyje... musi.

- Stój tu! Daj im pracować – powiedział Brian. - Już ją mają, wszystko będzie dobrze. Skąd wiedziałeś, że Bob to...

- Brat Lilly? … szukałem informacji o jej rodzinie, musiałem wiedzieć, przed kim się chronić. Bardzo żałuje tego co zrobiłem, ale też cholernie bałem się konsekwencji, teraz wiem, że powinienem już dawno zgnić w więzieniu i nie narażać Emmy na takie niebezpieczeństwo.

Poznałem go od razu na weselu. Musiałem działać... myślałem, że jest bezpieczna.

- Rozwaliłeś to co było między nimi, żeby ratować swój tyłek?

- Nie, ja zawsze kochałem Emmę, ale taki facet jak ja nie zasługuje na taką dziewczynę.... nikt nie zasługuje. - Schowałem twarz w dłonie i po prostu się rozpłakałem. 

9. Naciesz się tym co masz.

- Wstawaj - powiedziałam radosna, bo dziś miał być pierwszy dzień w studiu, cieszyłam się. Było we mnie radości za nas dwoje. Matt bardzo się denerwował, może dlatego miał te koszmary w nocy. Teraz spał smacznie i wyglądał uroczo, nawet się uśmiechał. Głaskałam palcem jego policzek.

- Już trzeba wstawać? - Jego głos rano był taki przyjemny, zaspany i mruczący. Pocałowałam go.

- Dzisiaj pierwszy dzień w studiu, obudź się - przytulił mnie i zaczął łaskotać, szczerze tego nienawidziłam, ale śmiałam się, cóż nie miałam wyjścia. On też zawsze miał radochę przy tym. Stary dziad, ma prawie 30 lat i odstawia jakieś łaskotki.

- Dzień dobry. - Jego dołeczki, rozczulały zawsze. Cmoknęłam go, dobierałam się do jego porannego wzwodu. Zatrzymał moją rękę – Nie teraz kochanie.

- Dlaczego? - spytałam zawiedziona.

- Wieczorem dobrze? Teraz chcę się wykąpać. - Poszedł do łazienki, a ja zostałam sama na łóżku. Byłam zła, nie rozumiałam dlaczego nie chce. Poszłam się ubrać, przeniosłam już część rzeczy z mojego mieszkania do jego domu. Nie mogłam się powstrzymać i zarzuciłam na siebie jego koszulę w kratę. Dzisiaj musiałam pojechać do pracy, a jego ubrania sprawiały, że czułam jakiegoś rodzaju bliskość z nim. Zrobiłam kawę i śniadanie.

- Powiesz mi co się stało? - potrzebowałam jego potwierdzenia, że wszystko jest dobrze, a on po prostu denerwuje się nagrywaniem.

- Emma, czeka nas męczący dzień, wieczorem będę cały dla ciebie, ok? Jak ty się czujesz, wiesz już czy Bob dalej pracuje w radiu?

- Niestety nic nie wiem. Dlaczego o niego pytasz? - wzięłam kolejny łyk kawy.

- Bo nie chcę, żeby się przy tobie kręcił.

- Prowadzimy razem program, Matt nie wiem o co ci chodzi, ale proszę bądź normalny. Nie masz powodu do świrowania. Postaram się wpaść do studia koło 15:00.

- Odwiozę cie dzisiaj do pracy, chce mieć pewność, że go tam nie ma. - przewróciłam oczami, nie miałam ochoty już z nim dyskutować.

  Wszedł ze mną do radia, gdy nigdzie nie zlokalizował swojego rywala, złożył na moich ustach czuły pocałunek i pojechał stawić czoła swoim obowiązkom. Bob zjawił się godzinę, wyglądał inaczej, obco.

- Cześć – powiedziałam radośnie, cóż byłam zakochana, przepełniała mnie radość.

- Emma, powinniśmy pogadać. - Jego ton był nieprzyjemny

- Masz rację, ale teraz siadaj mamy program. Za 3 minuty wchodzimy.

- Ja już tu nie pracuje. Spotkamy się po programie, będę czekał. - wyszedł, jego zachowanie było dziwne.

  Po godzinie program się skończył, ja miałam wolne. Wyszłam ze studia i udałam się do kuchni, żeby nalać sobie wody, rzeczywiście Bob czekał na mnie. Siedział na krześle, upił łyk herbaty i spojrzał na mnie.

- Wszystko dobrze? - Spytałam nalewając wody.

- Nie, siadaj. - Nakazał, a ja zrobiłam dokładnie to czego chciał. - Muszę się spotkać z Shadows'em. 

- To kiepski pomysł, sporo ostatnio przeszedł, teraz wrócił do studia. Potrzebuje spokoju, my potrzebujemy. 

- On wiele przeszedł? Nie, to przez niego ktoś wiele przeszedł i poddał się, to jego wina.

- Nie wiem o czym mówisz, ale nie spotkasz się z nim, ja się do tego nie przyczynię.

- Chcę to załatwić po dobroci, ale skoro nie chcesz.

- Bob, powiedz mi co się dzieje, jesteś inny... obcy.

- Jestem sobą, jestem kimś, kto w końcu będzie kazał mu zapłacić za to co zrobił.

- Ale co takiego Matt zrobił?

- Niedługo się wszystko wyjaśni – wstał i wziął swoją kurtkę – do zobaczenia Emma.

- Nie zobaczymy się już – powiedziałam z pewnością w głosie.

- Zobaczymy się szybciej niż myślisz, naciesz się tym co masz. - Wyszedł, zostawiając mnie z mętlikiem w głowie i strachem, że stanie się coś złego. Przeklęta kobieca intuicja. Zadzwoniłam do Matta, musiałam wiedzieć, że u niego wszystko dobrze.

- Cześć słońce – odezwał się po drugim sygnale. Och całe szczęście.

- Będę wcześniej dobrze? - zbierałam właśnie swoje rzeczy do torebki.

- Pewnie, że dobrze, czekam. Coś się stało? Może przyjadę po ciebie.

- Nie! Zostań. Siedź w studiu, ja przyjadę, taksówka już czeka. Kupię kawę. Zostań w studiu.

- Zostanę, jesteś zdenerwowana?

- Nie jestem, tylko się spieszę. Będę niedługo. Matt... kocham cie. - Musiałam to powiedzieć, bo niepokój narastał. Co jeśli do niego nie dojadę? Chciałam żeby wiedział.

- Czekam, a jak przyjedziesz to ci odpowiem, pa. - Rozłączył się.

  Rozglądałam się czy nikt nie jedzie za nami.

- Pani się czegoś obawia? - odezwał się nagle taksówkarz.

- Nie, nie... wszystko jest dobrze. - Cholera, on wie? On jest zamieszany? Popadam w paranoje. Zapłaciłam i wyszłam z taksówki, dwie torby z kawami wziął ode mnie Brian, który właśnie zgasił papierosa.

- Jesteś blada. - Przywitał mnie.

- Mam kiepski dzień. - Wszedł ze mną do środka, w studiu panowała gorąca dyskusja dotycząca partii wokalnej. 

- O może ty coś z nim zrobisz, Matt kompletnie leży przy Fiction. - Zacky wziął swoją paczkę Marlboro i wyszedł.

- Napijcie się kawy, przewietrzcie mózgi. Ja zaraz naprawię Shadows'a. -Przytuliłam się do niego. Cały strach minął.

  Spędziliśmy w studiu resztę dnia, szło mu już znacznie lepiej. Wieczorem zabrał mnie na kolację do restauracji, to była miła odmiana. Przez ostatnie tygodnie praktycznie nie wychodziliśmy z domu. Mieliśmy czas tylko dla siebie. Zupełnie zapomniałam o rozmowie z Bob'em. Gdy wróciliśmy do domu, to nie był koniec niespodzianek z jego strony. Otworzył wino, poszliśmy na górę piliśmy je w wannie, była pełna ciepłej wody i pachnącej, waniliowej piany. Nie zapomniał też o swojej porannej obietnicy, kochaliśmy się w łazience, potem powtórka na łóżku.